PolishGermanEnglish

Zaproszenie
do obejrzenia wystaw
„Miasta Dolnego Śląska
na fotografii lotniczej”

Wystawy prezentujemy
na wrocławskim Rynku
oraz w Ratuszu
(Muzeum Miejskie Wrocławia)


Serdecznie zapraszamy!

  więcej...

Sprawdź swoją wiedzę
o historii Wrocławia
z Radiem RAM
i wydawnictwem
VIA NOVA

Zagadka historyczna w Radiu RAM pojawiać się będzie na 89,8 FM w każdy wtorek koło godz. 16.45.

  więcej...

26. Wrocławskie Targi Dobrych Książek

30.11 – 3.12.2017

Serdecznie zapraszamy na spotkania autorskie oraz na stoisko nr 50
Hala Stulecia
ul. Wystawowa 1

  więcej...
Archiwum

Wrocławskie wędrówki przez stulecia

Autor:
Wojciech Chądzyński

16,5 x 24,1 cm, 224 str.,
185 fotografii,
oprawa twarda
wersja: polska

Wojciech Chądzyński, autor wielu książek o Wrocławiu zabiera nas w kolejną wyprawę po mieście. Tych, którzy znają klimat jego opowieści, nie trzeba zapraszać do lektury. Czytelnicy, dla których jest to pierwsze spotkanie z autorem i opowiadanymi przez niego historiami, jak sądzę zainteresują się nimi i sięgną do poprzednich książek. Historia, zabytki, sztuka, ale też współczesność - wszystko, co spotykacie na co dzień na ulicach Wrocławia, często tego nie dostrzegając, znajdziecie na kartach tej książki.
[...] Na kartach książki odnajdujemy skomplikowane losy ludzi żyjących w różnych czasach. Od wciąż mało znanego średniowiecznego podróżnika Benedykta Polaka, słynnego mistyka Anioła Ślązaka, zapomnianego dyrygenta Rafała Maszkowskiego, po wzruszającą historię żołnierza, który popełnił samobójstwo po tragicznym wypadku, w którym pozbawił życia swojego syna. Poznamy losy słynnego neurochirurga, spoczywającego we Wrocławiu, który paradoksalnie zapisał się w historii głównie dzięki epizodowi opieki nad Leninem. Dowiemy się także o pracy wielu bezimiennych urzędników i funkcjonariuszy municypalnych dbających o codzienne potrzeby mieszkańców.
Opowiadane przez Autora historie uświadomią nam raz jeszcze znaną prawdę, że ludzie i ich dzieła tworzą żyjące miasto z wszystkimi jego blaskami i cieniami. Warto poznawać przeszłość, aby móc żyć świadomiej, a ta książka powinna nam to ułatwić.

Arkadiusz Dobrzyniecki
historyk sztuki

 


"kliknij" obrazek, aby powiekszyć



Gazeta Wrocławska, 11 grudnia 2009 rok


-------------------------------------------



Recenzja autorstwa Andrzeja Łapieńskiego


Wędrówki z przewodnikiem

Na początku lat 90. ubiegłego (!) wieku wchodziło w dorosłe życie pierwsze pokolenie wrocławian, które dostało szansę poznania rzetelnej historii swojego miasta. Pokolenia wcześniejsze miały do czynienia z historią skrojoną przez propagandzistów PRL na potrzeby polityczne, według obowiązującego schematu - byliśmy, jesteśmy, będziemy. I nic to, że gdzieś w tej nachalnej pisaninie zagubiło się, zapadło w niebyt, ponad sześćset lat dziejów Wrocławia i Dolnego Śląska: od Kazimierza Wielkiego do „powrotu do Macierzy”.

Tyle tylko, że te lata pozostały obecne w kształcie miasta. Miasta straszliwie okaleczonego przez wojnę, ale jednak nie całkiem unicestwionego. Ocalało wiele świątyń, trochę gmachów publicznych, domów mieszkalnych, nawet rezydencji, niemal bez szwanku wyszły z kataklizmu wschodnie, po części willowe, dzielnice peryferyjne - Zalesie, Zacisze, Karłowice czy Biskupin i Sępolno. W tych „resztówkach” skupiało się przez kilka powojennych lat życie nowych wrocławian. Nowi wrocławianie nazywali te nieruchomości i wszystko, co w nich zastali - poniemieckimi, bo też i w istocie rzeczy takimi były, ale w tym określeniu zawierał się również akcent niechęci. Niemieckie znaczyło wówczas tyle, co wrogie, a więc gorsze. Nie to, co nasze, dobre, bo... przedwojenne, choćby to miała być stara pierzyna, przywieziona zza Buga.

Paradoks: to, co się w mieście zachowało, było poniemieckie, zaś miasto samo stanowiło prapolski, piastowski gród nad Odrą. Czyli w polskim Wrocławiu i na polskim Dolnym Śląsku przez dziesiątki pokoleń panoszyli się odwieczni wrogowie, którzy pluli nam w twarz i germanili dzieci.

Wojciech Chądzyński, dziennikarz, autor już czterech książek o Wrocławiu i jego zabytkach, w najnowszej pt. „Wrocławskie wędrówki przez stulecia” obficie cytuje XIX-wieczne gazetowe korespondencje z tego miasta, zamieszczane w polskich periodykach ukazujących się głównie w Warszawie i Poznaniu. To ciekawa i pouczająca lektura. W roku 1883 pisze korespondent „Kłosów”: Niegdyś wjeżdżali przodkowie nasi w bramy Wrocławia... nasze to było miasto. Niegdyś nad Odrą Piastowie panowali. [...] Dziś - siedzą tam Niemcy. Przebywa tam wprawdzie kilka tysięcy Polaków, lecz to po części ptaki wędrowne: garstka kształcącej się młodzieży, niewielka kolonia rodzin szlacheckich, kilkunastu wyższych i niższych urzędników, a reszta - to kupcy, rzemieślnicy i robotnicy.

W tym czasie, według oficjalnego spisu, Wrocław liczył około 240 tysięcy mieszkańców. W spisie uwzględniono liczebność reprezentantów różnych zawodów: rzemieślniczych (1020 majstrów szewców!), medycznych, handlowych czy gastronomicznych oraz katolików, ewangelików i żydów, których doliczono się ponad 15 tysięcy.

Dziewięć lat później korespondent „Dziennika Poznańskiego” ubolewa nad germanizacją ludności polskiej we Wrocławiu, donosząc czytelnikom, że: [...] mieszka tu 10 000 Polaków, ale z tych większa część już tak jest zgermanizowaną, że nie chce i nie umie mówić po polsku. [...] Rzemieślnik polski żeni się tutaj przeważnie z Niemką, nie umiejącą ani słowa po polsku - i tak matka, ojciec i dzieci mówią tylko po niemiecku i z czasem z polskiego młodzieńca staje się niemiecki ojciec. Smutnym i to jest objawem braku łączności u nas Polaków, że cztery towarzystwa, jakie istnieją we Wrocławiu, liczą razem tylko około 140 członków.

Określenia germanizacja czy rusyfikacja kojarzą się Polakom jednoznacznie: z administracyjnym, restrykcyjnym rugowaniem polskości na terenach byłej Rzeczypospolitej, podzielonej przez zaborców. Jednak Dolny Śląsk do nich nie należał, a Polacy stanowili tu po prostu mniejszość, podobnie jak inne nacje, i nie byli ograniczani w swoich prawach dotyczących obyczajów, religii czy języka. Nie mieli do czynienia z taką opresją antypolską, jak np. w Wielkopolsce, skąd zresztą pochodziła spora część wrocławskiej Polonii. Osiedlali się tutaj nie tylko z powodów ekonomicznych, ale też uciekając właśnie przed... germanizacją. Można tu raczej mówić o asymilacji, procesie naturalnym i rozciągniętym w czasie. To było coś na kształt dobrowolnej i bezkonfliktowej polonizacji Litwinów, szczególnie elit, arystokracji i szlachty, która nastąpiła poprzez przyjęcie chrztu i unii personalnej z Koroną.

Wrocław stał się miastem prawdziwie europejskim w XIX wieku, a to za przyczyną Hieronima Bonapartego, który po jego zdobyciu nakazał zburzenie średniowiecznych murów. Prace trwały lat kilkanaście, uwalniając miasto od krępującego, zupełnie nieprzydatnego już gorsetu, umożliwiając ekspansję na dotychczasowe obszary podmiejskie, głównie na południowym zachodzie. Pisze o tym obszernie Wojciech Chądzyński, pokazując nowo wzniesione, reperezentacyjne gmachy, w sporej części istniejące do dzisiaj, choć ich funkcje z biegiem dziesięcioleci się zmieniały, czy ulice i place. Wtedy też Wrocław otrzymał nowoczesną sieć wodociągową, komunikację (najpierw, oczywiście, tramwaje konne), kolej żelazną z dworcami, straż pożarną z prawdziwego zdarzenia i wiele innych cywilizacyjnych dobrodziejstw, finansowanych zarówno z kasy miejskiej, szkatuły państwowej jak też prywatnych fundacji, bowiem miasto stawało się coraz zamożniejsze i obok starych fortun tworzyły się nowe.

Na miejscu murów założono piękne, spacerowe promenady, poprowadzone przy szczęśliwie niezasypanej fosie, a pamięć owych fortyfikacji przywołuje swą nazwą długa, biegnąca łukiem ulica - Podwale.

„Wrocławskie wędrówki... ” zaczynają się jednak zdecydowanie wcześniej, w czasach średniowiecza. Autor prowadzi czytelnika do pierwszych świątyń w mieście, zaczynając - rzecz jasna - od Ostrowa Tumskiego i świetnej, wielkiej katedry, nie pomijając romańskiego maleństwa, kościoła św. Idziego, nie szczędząc przy tym opowieści o ich historii, legend i mitów, które z rzeczywistością mają co prawda mały związek, ale za to zawierają wiele pouczającej moralistyki. Przy czym wcale nie są pozbawione dowcipu i pewnej dawki bajkowej makabry.

Ostrów Tumski to w ogóle miasto w pigułce, miasto w mieście, świadek nieustannych sporów między władzą świecką a duchową, o pięknej architekturze, wspaniałych detalach i prawdziwych skarbach sztuki sakralnej.

Wrocław do czasu likwidacji murów obronnych był miastem nieco prowincjonalnym z wszystkimi tego konsekwencjami: pozbawionym kanalizacji, z ulicami wyłożonymi faszyną i tonącymi w błocie, prymitywnym drewnianym wodociągiem docierającym tylko do nielicznych, bogatszych domostw, wszechogarniającym brudem, o czym piszą w korespondencjach i wspomnieniach przejezdni. Hałaśliwy, brudny i śmierdzący - stwierdził Goethe w roku 1790. Dziesięć lat później podobnego zdania był Quincy Adams, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych. Większość mieszkańców czerpała wodę wprost z Odry, nieczystości wyrzucano wprost na ulice lub też do rzeki. W tej sytuacji nie było niczym dziwnym, że Wrocław nawiedzały epidemie chorób zakaźnych. Drugą plagą były częste pożary, pustoszące całe kwartały ulic, ze względu na bardzo zwartą zabudowę sprzyjającą przenoszeniu się ognia.

Wszystko to nie znaczy, że miasto było całkowicie bezradne. Istniały zaczątki straży pożarnej, pod wieloma budynkami, głównie kościołami, ustawiano beczki z wodą, pracowały brygady „tragarzy” usuwających cuchnące śmieci z ulic, na właścicieli domów i warsztatów nakładano obowiązek utrzymywania czystości. Były to jednak półśrodki, przełom nastąpił w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy Wrocław zaczął się niesłychanie szybko modernizować i rozwijać cywilizacyjnie. To była edukacja, służby medyczne i przemysł. Toteż stał się trzecią stolicą Królestwa Prus - obok Berlina i Królewca, oczywiście z odpowiednią, królewską rezydencją, dziś siedzibą Muzeum Miejskiego, do niedawna Archeologicznego i Etnograficznego. Zakładano parki i promenady, wytyczano i zabudowywano świetnymi gmachami szerokie aleje. Autor wędruje po tych czasach i rejonach, pokazując je również na wielu fotografiach i rycinach.

Nieco wbrew tytułowi „Wrocławskie wędrówki przez stulecia” nie prowadzą narracji w sposób klasycznie chronologiczny. Wojciech Chądzyński skupia się raczej na poszczególnych tematach, zamkniętych klamrami rozdziałów. Ten zabieg ułatwia czytelnikowi śledzenie przebiegających przez pokolenia zjawisk społecznych, gospodarczych, kulturalnych czy cywilizacyjnych - aż do czasów współczesnych.

Te czasy nie zostawiły jednak w kształcie miasta zbyt znaczących śladów, szczególnie okres PRL, zaśmiecający miejski krajobraz betonowymi, prostackimi osiedlami, na dodatek wykonanymi wyjątkowo tandetnie i niechlujnie. Autor pokazuje przykład takiego budownictwa w postaci niesławnego „mrówkowca” przy ulicy Drukarskiej, nieudolnej podróbki „Jednostki Marsylskiej” le Corbusiera, też zresztą nieudanego dzieła wybitnego architekta i wizjonera. I małe to pocieszenie, że jeszcze dłuższymi potworkami obdarzono inne polskie miasta, nie wyłączając stolicy...

Państwo niemieckie przez ostatnie kilkanaście lat zainwestowało ogromne sumy w uczynienie z NRD-owskich blokowisk miejsc przyjaznych dla człowieka. Okazało się, że są to pieniądze wyrzucone w błoto. Ludzie tam po prostu nie chcą mieszkać. Zaczęło się wyburzanie...

Jestem pewny, że kiedyś też użyjemy dynamitu, nie słuchając bredzenia o historycznych wartościach i postmodernizmie. To się z pewnością przysłuży Wrocławiowi.
Tylko kiedy?

Andrzej Łapieński

© VIA NOVA 2008
panorama vianova